w

Bajka – Moja mama jest czarownicą

Moja mama jest czarownicą

Moja mama nie jest taka jak inne. Ma brązowe włosy do ziemi i oczy piękne jak u kota. Bardzo o siebie dba: włosy nakręca na gałązki, usta maluje zieloną szminką, a paznokcie lakierem czarnym jak futerko kreta. Na głowę wkłada coraz to inny kapelusz. Ale niepotrzebnie, bo i tak ją kocham. I chciałabym nauczyć się od niej chociaż trochę dziwnych rzeczy, ale ona mówi, że na to jeszcze za wcześnie. Muszę więc chodzić do normalnego przedszkola i uczyć się normalnych liter.

W przedszkolu można wytrzymać, ale jest nudno. Ciągle to samo: śniadanie, obiad i leżakowanie, a potem podwieczorek. Stale te same nudne zabawki i nudne drabinki w ogródku. Ledwie raz wybrałyśmy się z dziewczynami obok na kwaśne jabłka, a już była awantura. I jeszcze panie powiedziały, że powinnam się cieszyć, że mnie nie bolał brzuch. Nic nie rozumiem: niby od czego? Kwaśne jabłka są najlepszą rzeczą, jaką jadłam w życiu. I żadnej z dziewczyn nic po nich nie bolało, ani trochę. Mama by mi ich wcale nie zabraniała. Może by nawet wyczarowała dla mnie całą jabłonkę na środku pokoju? Tylko że to już nie byłoby to samo.

Ale i tak nie mogę narzekać na brak atrakcji. Nasza czarna kotka Kawa rzadko jest czarna, a przeważnie w różnych kolorach tęczy, bo mama się na niej ćwiczy. Ale nie ma kryształowej kuli ani nic takiego, najwyżej dziwnie pachnący czerwony szal z prawdziwego jedwabiu. No i rzecz jasna, miotłę. Nie pozwala mi jej dotykać, ale ja i tak to robię, gdy ona nie widzi. Wcale się nie boję, chociaż miotła syczy na mnie jak wąż. Przyzwyczaiłam się i do syku, i nawet do miotania płomieni. Kiedy miotła jest zmęczona po nocnych podróżach z mamą na grzbiecie, miota je na niebiesko. A kiedy długo wypoczywa, płomienie są czerwone. Pewnie ze złości, a może i z nudów. Mama wyrusza nocą – żeby się, jak mówi, przewietrzyć – i nigdy nie udało mi się jej na tym przyłapać. Z każdej podróży przywozi mi prezent. Kawałek Księżyca. Łuskę Syreny. Pierścionek z okiem Feniksa. Ziarnko niebieskiego piasku – naprawdę nie wiem skąd.

Taty nie pamiętam. Czasem myślę, że mama w złości przemieniła go w wielkiego czarnego kocura i wygoniła z domu, ale to oczywiście nie może być prawda. W każdym razie mama nigdy nic na ten temat nie mówi. A gdy sama o to pytam, zaraz obiecuje, że nauczy mnie latać. Ale jakoś się to nie udaje, bo jej miotła na mnie prycha, a własnej jeszcze nie udało mi się wyhodować.

Gdy mama poszła na zebranie, zerknęłam do jej tajemnej Księgi Czarów, dla niepoznaki obłożonej w gazetę. Dużo nie przeczytałam, bo znam tylko pojedyncze litery, a i to nie wszystkie. Ale były tam obrazki pokazujące, jak stać się całkiem maleńką, żeby zmieścić się na grzbiecie Kawy. Gdyby mi się taki czar udał, którejś nocy mogłybyśmy polecieć za mamą – cichutko, bo wiadomo, że koty są bardzo ciche. I może bym się wreszcie przekonała, gdzie rośnie niebieski piasek, i nie musiałabym już wracać do przedszkola uczyć się głupich liter.

Ale na to, jak mówi mama, jeszcze za wcześnie. Dlatego kiedy wróci, nastawimy sobie muzykę i zatańczymy trzymając się za ręce. Mama pożyczy mi czerwony szal, a może i kapelusz. Księżyc będzie nad nami grał na gitarze, a Kawa patrzyć na nas pięknymi i tajemniczymi oczami. Potem mama ugotuje makaron, ale nie będziemy już miały siły go jeść, wypijemy tylko herbatę z fioletowych kwiatków.

A rano może znajdę koło łóżka piernik z chatki Baby Jagi. Mama już dawno mi go obiecała.

Bajka – O włóczce, swetrach i Nocy Czarów

Balkon Halinki – wiersz Bożeny Formy