w

Drzewko – bajka terapeutyczna

Bajka terapeutyczna – “Drzewko”

Jak przezwyciężyć lęk dziecka przed śmiercią.

Gdzieś bardzo daleko, w wielkim lesie, gdzie rosły potężne drzewa
o zielonych koronach, wśród których śpiewały ptaki, a trawa mokra od
rosy mieniła się w promieniach słońca, na małej polanie pełnej
kwiatów i ziół wyrosło małe drzewko. Początkowo było ono drobne i
wiotkie, ale z biegiem dni stawało się coraz mocniejsze. Odważnie
wyciągało swe gałązki do nieba koloru niezapominajek. Czuło się
dobrze między starszymi drzewami, które osłaniały go przed mocnymi
podmuchami wiatru i rzucały cień, kiedy słońce bardziej przypiekało.
Drzewko lubiło, gdy inni się nim opiekowali. Czuło się bezpieczne i
szczęśliwe.

Drzewko zaprzyjaźniło się z ptakami, które chętnie przysiadały na
jego gałązkach i z zajączkiem o wiecznie rozbieganych oczkach i
ruchliwym nosku. Drzewku zawsze się wydawało, że zajączek wiecznie
się gdzieś spieszy, ciągle dokądś gna. Zajączek często opowiadał
drzewku, co ukrywa się tam daleko, za górką, za starymi dębami. A
ono słuchało z ciekawością opowieści o odległej krainie, gdzie
mieszkają dwunożne istoty, trochę podobne do drzew, które nazywano
ludźmi.

Mijała wiosna, potem lato. Nadeszła jesień i w lesie zrobiło się
kolorowo. Drzewa teraz miały barwne szaty. Nawet listeczki małego
drzewka miały czerwone i żółte kolory. Podobało mu się to. Wokół
unosił się zapach grzybów i mokrego mchu, a zwierzęta krzątały się,
gromadząc zapasy na zimę. Wszystko było takie nowe i takie cudowne
dla małego drzewka. Było bardzo szczęśliwe i ochoczo wyciągało ku
niebu swe gałęzie. Nawet nie zauważyło, gdy zrobiło się chłodniej,
bo słońce nie grzało już tak mocno.

Pewnej listopadowej nocy zerwał się wiatr. A był tak silny, że nawet
stare drzewa uginały się pod jego podmuchami. Drzewko poczuło
niepokój. Nie lubiło takiej pogody. Nagle rozległ się przeraźliwy
huk, który odbił się echem po całym lesie. Coś jęknęło i okropnie
zgrzytnęło. Drzewko zadrżało i skuliło mocniej listki, żeby nie
widzieć, co się stało. Bardzo chciało, by wiatr wreszcie ucichł.
Poczuło nagle na sobie jego gwałtowność i zimno. Miotało nim na
wszystkie strony – musiało się bardzo mocno trzymać ziemi
korzeniami. Wreszcie, po kilku chwilach wiatr ucichł i zaczęło się
rozwidniać. Drzewko rozejrzało się z lękiem dookoła. W miejscu,
gdzie rósł wielki, rozłożysty dąb, widniała ogromna dziura. Stare
drzewo zaś leżało obok z odsłoniętymi korzeniami i połamanymi
gałęziami. Drzewko zadrżało z przerażenia.

– Jak to? – wykrzykiwało – dlaczego?! Dlaczego tak się stało?
Przecież był taki duży! Co z nim teraz będzie? Co z nami będzie? Kto
mnie osłoni od wiatru? – lamentowało. Na dodatek zaczął padać zimny
deszcz.

– Po co padasz deszczu?! Nie jesteś mi potrzebny! – buntowało się
drzewko – nie będę pił!!!

Drzewko zaczęło dygotać ze strachu i z zimna. Było mu bardzo smutno.

– Nie płacz – pocieszały go kropelki – pij, musisz pić, byś zdrowo
rósł.

– Nie chcę rosnąć! Po co mam rosnąć? Żeby mnie wiatr wyrwał z
korzeniami? Nie chcę tego! – płakało drzewko.

– Ale jesteś tu przecież potrzebne – mówiły kropelki – kiedy spijesz
nas korzeniami z ziemi dotrzemy do twych liści i wyparujemy. Dzięki
temu powstaną znów chmurki, z których podlejemy inne roślinki.
Niektóre z nas zostaną dłużej w ziemi, by między twymi korzeniami
mógł rosnąć mech i grzyby dla ludzi, ślimaczków i krasnoludków.

Ale drzewko nadal było smutne i nie widziało powodu, dla którego
miałoby rosnąć. Ciągle zadawało sobie pytanie: po co rosnąć, skoro i
tak zostanę wyrwany z mojego miejsca. Co się ze mną później stanie?
Ku przerażeniu drzewka do lasu przybyli ludzie. Przywiązali
łańcuchami złamane drzewo do koni i wywieźli „tam daleko”, za górkę.

– Co oni robią?! – krzyczało drzewko – zostawcie go! To mój
przyjaciel! Nie chcę zostać tu sam! Nie chcę, żeby mnie zwalił
wiatr! Boję się… – i rozpłakało się na dobre. Ze zmartwienia
opadły mu wszystkie listki.

– Nie martw się – odezwała się leszczyna przyglądająca się z troską
drzewku – Życie wcale nie jest takie straszne, jak ci się teraz
wydaje. Ja żyję już ponad pięćdziesiąt lat. W moich konarach
niejeden ptak zakładał gniazda, a jeże mogą spokojnie spędzić zimę
opatulone w kołderkę z moich liści. A kiedyś pewnie i tobie będą
jeże dziękować. No i daję cień młodym drzewkom, by słońce nie
spaliło ich delikatnych listków i gałązek. Pamiętam – mówiła dalej
zmyślona leszczyna – jaka byłam zdziwiona, gdy któregoś dnia w mojej
dziupli poczułam łaskotanie. Śmiałam się, aż pospadały ze mnie
wszystkie orzechy! Lokatorami okazały się wiewiórki, które
baraszkowały między moimi gałęziami, skakały z drzewa na drzewo,
tupiąc i śmiejąc się cichutko. Aż miło było patrzeć na ich harce.
Mama wiewiórka prosiła mnie często, bym kołysała do snu jej dzieci.
Robiłam to z przyjemnością, śpiewając im taką kołysankę:

Nocka ciemna już przybywa

Słońce chmurką się zakrywa

Śpij już, śpij, mój lesie miły

Na dzień nowy zbierz znów siły

I niech wszystkie myśli złe

Wiatr przegoni, rozwieje.

Wiewiórki odwiedzają mnie do dziś – kontynuowała swą opowieść
leszczyna – Ty pewnie też jak będziesz już duży, będziesz miał
swoich lokatorów. Ubiegłej wiosny w mojej dziupli zamieszkało inne
ruchliwe stadko – szpaki, ptaki z ślicznymi kropeczkami na piórkach,
które swym szczebiotem umilały mi każdy dzień. Opowiadały mi o
wszystkich nowinach, jakie można było usłyszeć w lesie. Ach! –
westchnęła rozmarzona leszczyna – dobrze jest mieć w sobie tyle
życia i radości na starość.

Leszczyna zakołysała się i jeszcze raz zanuciła drzewku kołysankę.
Drzewko poczuło się po tej rozmowie znacznie lepiej, uspokoiło się i
zasnęło. Obudziło je trzęsienie. To zajączek ocierał się o jego pień.

– Czemu mnie budzisz? – spytało rozdrażnione drzewko – chcę spać!

– Popatrz ile śniegu napadało! – wykrzyknął zajączek z zachwytem.

– Śnieg? – drzewko się skrzywiło – co mnie obchodzi śnieg?! –
oburzyło się i tęsknie spojrzało na puste miejsce po starym dębie.
Zajączek ze zrozumieniem pokiwał łebkiem, patrząc w tym samym
kierunku.

– Co, smutno ci, że go nie ma? – domyślił się zajączek. Drzewko
przytaknęło, wzdychając.

– Nie bój nic – powiedział zajączek – wszystko jest w porządku.

I pogłaskał przyjaźnie gładką korę drzewa. Nagle zwierzątko
poruszyło nerwowo noskiem i schowało się za drzewkiem. Słychać było
jakieś krzyki i śmiechy… To z górki dzieci zjeżdżały na sankach.
Ktoś jeszcze jednak zbliżał się do polanki. Drzewko poczuło, jak
zajączkowi trwożliwie bije serduszko, bał się ten zajączek okropnie.
Może nawet bardziej od drzewka. A z daleka szedł do nich leśniczy z
dziwnym przedmiotem na ramieniu. Dotarł do polanki i wbił w ziemię,
tuż koło leszczyny, to coś, co wyglądało jak mały domek na palu,
cały z drewna. Leśniczy wsypał do niego ziarenka i zawiesił na nim
kilka kawałków słoniny. Wreszcie poszedł sobie, zostawiając wielkie
ślady na śniegu.

– Co to jest zajączku? – spytało z zaciekawieniem drzewko.

– To? To jest karmnik. Taki domek, gdzie ludzie dają ptakom jeść, by
łatwiej mogły wytrzymać zimę – odparł dumny ze swej wiedzy zajączek –
My też takie coś mamy w głębi lasu, ale trochę większe i nazywa się
paśnik. Pan leśniczy to fajny gość, chociaż dwunożny. Dba o nas.
Wiem – dodał zajączek po chwili – że sam zrobił ten domek z tego
starego dębu, co tutaj leżał.

– Ach tak? – ożywiło się drzewko. Pomyślało sobie, że to fajnie być
tak potrzebnym. Mijały dni. Któregoś ranka rozpętała się zamieć. Wiał lodowaty
wiatr. Leszczyna była zbyt stara, by obronić się przed nim. Jej
korzenie nie były już takie mocne, jak u młodego drzewka. Złamała
się z trzaskiem i miękko opadła w biały puch. Drzewko w napięciu
oczekiwało na ludzi. Wiedziało już, że i z leszczyny stworzą oni
różne cuda przydatne ludziom i zwierzętom. Kiedy przybyli, drzewko
nie czuło już strachu. Ze spokojem i powagą obserwowało leśniczego i
jego pomocników. Czekało i rosło. Wreszcie nadeszła wiosna. Śnieg
zaczął topnieć, a spod niego wydobywały się na świat młode roślinki.
Drzewko z uśmiechem patrzyło na te niezdarne maluchy. Oj, będą
musiały się dużo nauczyć. Jedna z nowych roślinek wyrosła tuż obok
niego, z małego nasionka. Była to leszczyna. Pewnego dnia odezwała
się ona do drzewka:

– Poznajesz mnie? To ja, leszczyna.

I na dowód tego zanuciła mu tę oto kołysankę:

Nocka ciemna już przybywa

Słońce chmurką się zakrywa

Śpij już, śpij, mój lesie miły

Na dzień nowy zbierz znów siły

I niech wszystkie myśli złe

Wiatr przegoni, rozwieje.

Jeżyk – bajka terapeutyczna

Kotek – bajka terapeutyczna